Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reita. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2013

Choroba, Reita x Uruha

Jak widzicie mam nowy szablonik *wyszczerz* Zrobiła mi go Black Cherry (znowu). Normalnie nie mogę przestać się szczerzyć. Jak dla mnie jest on genialny *u* Dziękuję <3
Zapraszam na one-shot' a. Jest on dość smutny... Stwierdziłam, że dam teraz coś krótkiego, bo chyba już Wam się znudziło tamte opowiadanie. Mam go nie kontynuować? Statystyki też nam spadają ;--;
No nic,
Zapraszam.






Wychowałem się trochę silniejszy z każdym Twoim uśmiechem.
Uśmiechnij się do mnie jeszcze raz...*


Siedzę w szpitalu i patrzę na śmierć osoby, którą kocham. Znowu. Dlaczego znowu muszę patrzeć na czyjąś śmierć? Nie chcę tego. Chcę być w końcu szczęśliwy, ale nigdy mi to nie wychodzi. Dlaczego? Kim ja jestem...? W końcu podobno każdy człowiek jest szczęśliwy. Dlaczego ja nie jestem? Ile jeszcze śmierci muszę widzieć?


Uderzony przez deszcz gdy szukałem Ciebie.
Krzyczałem: "Kocham Cię, kocham Cię!"
Ale dźwięk deszczu starł mój głos...**


Miałem kiedyś marzenie. Miałem, teraz już nie mam. Marzyłem o tym, żeby w końcu być szczęśliwy z osobą, którą kocham. Ale nie jestem. Nie było sielanki, nigdy. Poznałem go, było nam bardzo dobrze... Później zachorował. Pojechał do szpitala, do którego przychodzę codziennie od pół roku. Lekarze nie dają mu szans na przeżycie. Ja tylko marzyłem żeby być szczęśliwy... Nic więcej.


Możemy spotkać się ponownie,
ale bycie z Tobą teraz znaczy dla mnie więcej.


Nie rozumiem siebie. Dlaczego wciąż wierzę, że będzie dobrze? Od parunastu długich lat się oszukuję. Już chyba trzeci raz patrzę na to, jak osoba, którą kocham, umiera. Chciałbym żeby to okazało się tylko snem. Chciałbym żeby K’you był zdrowy. Żebyśmy byli w domu, razem, szczęśliwi. O nic więcej nie proszę. Jednak to niemożliwe. On umrze.


Nie mogę dotrzeć do Ciebie, ale nie martwię się..
Nawet to, że jestem rozdarty...
"Kocham Cię, kocham Cię."**


Lekarze mówią, że dają mu maksymalnie parę dni, nie więcej. Chciałbym uciec od tych problemów. Chciałbym... żeby ten koszmar się skończył... A może ja po prostu lubię patrzeć na śmierć? Może jestem jakimś jebanym psychopatą? Nie... Na pewno nie. Ale czy naprawdę? Nie, nie jestem. Chcę żeby on żył.


Z wahającym się głosem i drżącymi rękami
Wciąż Cię szukam...***


Czasami się zastanawiam nad tym, co by było gdybym umarł. Może wtedy to wszystko by się skończyło? Może wtedy byłbym szczęśliwy? Ale jestem zbyt wielkim tchórzem żeby ze sobą skończyć. Będę tkwił w tym bólu dopóki nie umrę śmiercią naturalną. Chciałbym umrzeć teraz, długo, boleśnie... Ale nie mogę. Nie potrafię tego zrobić.


Hej, nie potrafię zrobić nic bez Ciebie,
Ale nigdy nie puszczę Twojej ręki.*


Ponownie wchodzę do szpitala i kieruję się do jego pokoju. Wzdycham. Znowu będę tam siedział i patrzył na jego cierpienie. Niepewnie pukam i wchodzę do sali, nie czekając na odpowiedź. I tak nie odpowie. Podchodzę do łóżka i siadam na krzesełku. Patrzę na niego. Wygląda jeszcze gorzej niż wczoraj. Jest cały blady, nie oddycha sam tylko przez tę rurkę w gardle, ta aparatura ciągle pika. Wzdycham i łapię go za dłoń, całuję jej wierzch. Mój biedny...


Nie pokazywałem łez za każdym razem,
gdy mówiłem Ci: "Kocham Cię"...
Bierzemy nasz czas...*


On odejdzie... Odejdzie tak, jak reszta. Nagle. Pewnie nawet nie zdążę się z nim pożegnać. Chciałbym wiedzieć kiedy on umrze... Chciałbym się z nim pożegnać. Ale pewnie będzie to wtedy, gdy mnie przy nim nie będzie. Odejdzie ode mnie. Jak wszyscy... Jak zawsze... Stracę go.


Twoje zdjęcie się śmieje
Tym uśmiechem, który kocham.***


Wieczorem wracam do domu. Wracam i nie widzę sensu żeby cokolwiek robić. Jest bałagan, ale nie sprzątam. Nie mam ochoty. Bez uczuciowo robię i piję herbatę, a później jem serek. Idę do salonu. Patrzę na Twoje zdjęcie, a w moich oczach od razu pojawiają się łzy. Śmiałeś się wtedy. Ująłem tym zdjęciem piękną chwilę. Uśmiechasz się. Masz iskierki szczęścia w oczach. Patrzysz na mnie z czułością. Brakuje mi tego. Idę spać. Rano znowu idę do szpitala.


Jak wybuchnął listopadowy świt
Rozpoczęłaś swoją drogę do nieba.***


Gdy wchodzę do szpitala od razu podchodzi do mnie lekarz. Przeprasza, ma łzy w oczach. Odszedłeś. Odszedłeś ode mnie już na zawsze. Nie mogę tego znieść. Patrzę na lekarza, ale nic nie mówię. Patrzę i stoję w miejscu. Mój świat się zawalił. Odwracam się i wychodzę.


Puściłem Twoją rękę, jedyną, którą kochałem bardziej niż wszystko.
Opuściłaś swoje łzy i uśmiech.
Swoim płaczliwym głosem powiedziałaś: "Żegnaj."**


Okropnie boli mnie serce. Czuję się tak, jakby mi ktoś wyrywał serce z klatki piersiowej... Jakby ktoś mi wbił nóż w plecy i nim kręcił. Masz ciemno przed oczami, ale idę dalej. K’you już nie ma, nie ma Cię, skarbie. Odszedłeś. Nawet się nie pożegnałem z Tobą. Tęsknię, kochanie. Wróć, proszę. Tylko Ciebie chcę.


Nie mogę Cię znaleźć.
Przez sztormy bólu nie mogę spać.
"Chciałbym Cię zobaczyć."
Nie mogę utrzymać tych uczuć, chcę Cię znów zobaczyć.***


Jest źle... Źle? Nie, jest tragicznie. Nie potrafię żyć bez Ciebie, kochanie. Nie jem, nie piję. Chodzę naszymi ulubionymi ścieżkami. Nie chcę robić nic bez Ciebie. Naprawdę mi Ciebie brakuje. Chcę Cię znowu zobaczyć, dotknąć, pocałować, przytulić, objąć, porozmawiać. Jednak nie mogę. Dlaczego mnie zostawiłeś?


Jeśli gdzieś tam jest Bóg...
Jeśli cuda naprawdę się zdarzają...
Jeśli jedno z moich życzeń może się spełnić...
Pozwól mi zobaczyć Cię jeszcze raz.***


Chcę Cię zobaczyć. Siedzę na łóżku i patrzę na tabletki oraz sznur. Chcę się zabić. Chcę w końcu Cię zobaczyć. Ostatni raz. Jeden, jedyny. Chcę Cię przytulić. Chcę przeprosić. Bo to przeze mnie zginąłeś. To ja spowodowałem ten wypadek, to przeze mnie Twoja choroba przybrała taki, a nie inny obrót. To ja powinienem umrzeć, a nie ty. Ja jestem skurwielem, a ty byłeś taki dobry. To nie tak powinno być...


Przez sztormy bólu nie mogę spać.
Nawet w moich dzikich snach cicho płaczę.***


W końcu się decyduję. W końcu nabieram odwagi. Po kolei biorę tabletki i popijam alkoholem. Chcę umrzeć. Chcę być z Tobą. Chcę tego. Może i jestem tchórzem, ale nie potrafię żyć bez Ciebie. Chcę Ciebie, tylko Ciebie, nic więcej. Chcę abyś żył. Gdy połykam ostatnią tabletkę, chwytam sznur. Wiążę go na klamce i obwiązuję sobie szyję. Zamykam oczy, siadając. Czuję, że zaczyna brakować mi powietrza. K’you...


Niewielkie opadu śniegu nie przestają padać,
Plamy z moich rąk nie znikają.***


Otwieram oczy, budzę się. Rozglądam się i zamieram. CO?! Jakim cudem?! Jestem w szpitalu. Nie mogę się ruszyć. Nie udało mi się?! Ale dlaczego?! Chciałem umrzeć! Kto mnie uratował?! Chcę do Uru! Płaczę... To koniec. Dlaczego ja muszę żyć, a on nie? Chcę go zobaczyć, błagam.


Staram się ruszyć dalej bardzo powoli,
Ale nie zapomnę o Tobie..***


Taki stan trwa kilka dni. W końcu postanawiam: będę żyć. Postaram się. Zrobię wszystko. Zrobię to dla Ciebie, K’you. Będę szedł dalej, jednak nie zapomnę o Tobie. Nigdy. Gdy do końca zwariuję może wtedy mi się uda popełnić samobójstwo. Teraz jednak będę żył, egzystował. Dla Ciebie.


Z miłym uśmiechem cicho zamknąłem oczy.
Racja, nie potrafię wypuścić tych rąk.**







* Acid Black Cherry –  Nemuri Hime <link>
** Acid Black Cherry – Yes <link>
*** Acid Black Cherry – Fuyu No Maboroshi <link>
 (Piosenki są tłumaczone przeze mnie, ale daję link do tłumaczenia żeby nie było)


wtorek, 12 listopada 2013

Reituki - "W jednej sekundzie stracił to, co kochał"

     Kolejną noc Reita spędził na parapecie w sypialni, na którym zawsze siedział razem z ukochanym. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Zaledwie w ułamku sekundy stracił to, co kochał… co nadawało sens jego życiu. Rukiego już przy nim nie było.
     Kolejna samotna łza spłynęła po jego policzku. Cały czas miał nadzieję, że to jednak tylko zły sen. Że zaraz obudzi się zatopiony w miękkiej pościeli z wokalistą wtulonym w jego tors. Chciał cofnąć czas i nie pozwolić Rukiemu wyjść z domu. Wstał i poszedł do kuchni. Nastawił wodę na herbatę i usiadł na blacie kuchennym. Siedziałby tak w nieskończoność, ale czajnik mu na to nie pozwolił. Zalał wodą kubek z poziomkową herbatą, którą tak uwielbiał wokalista. Wziął napój i wrócił na swoje miejsce na parapecie.
      Pamiętał tamten dzień dokładnie. Takanori wyszedł wtedy na wieczorny spacerek z Koronem. Miał za chwilę wrócić. Basista wiele razy dzwonił do niego, ale bez skutku. Chłopak nie odbierał. Gdy zapadł już mrok, Reita otrzymał połączenie. Odebrał. Dzwonili ze szpitala. Powiedzieli mu, że Rukiego potrącił samochód. Akira natychmiast pojechał do owego szpitala. Tam dowiedział się, w której sali leży jego ukochany. Pielęgniarka jednak nie chciała go wpuścić, mówiąc, że trwa operacja. Chłopak jeszcze raz próbował się dowiedzieć, jak do tego doszło. Kobieta wytłumaczyła mu, że Ruki przechodził przez ulicę z pupilem. Nagle zza zakrętu wyjechał jakiś szaleniec, ale wokalista nie zdążył się cofnąć. Samochód uderzył w niego i zwierzaka. Powiedziała również, że w tej chwili próbują uratować pieska. Mimo niewielkich obrażeń, miał małe szanse na przeżycie. 
     Reita usiadł na krześle. Nie wiedział, co robić. Wyjął telefon z kieszeni i zadzwonił po Kaia. Wyjaśnił całą sytuację i rozłączył się. Po trzydziestu minutach zjawił się lider wraz z resztą zespołu. Czekali tak parę godzin. Kiedy nagle drzwi od sali operacyjnej się otworzyły. Wyszła z nich pielęgniarka i kilku lekarzy, pchających łóżko, na którym leżał Ruki. Reita szybko do niego podbiegł i próbował wyciągnąć coś od jednego z ratowników, ale ten powiedział, że muszą przewieść blondyna do sali. Reita poszedł za nimi, po czym czekał, aż ktoś w końcu powie mu, w jakim stanie jest wokalista. W pewnym momencie podeszła do niego młoda lekarka, mówiąc, że stan Rukiego jest stabilny, ale zapadł w śpiączkę. Reitę podniosło to na duchu i pozwolono mu wejść do sali. Akira usiadł przy łóżku, wziął chłopaka za rękę i zaczął płakać. 
     Każdą noc siedział przy nim. Minęły już dwa miesiące od wypadku. Lekarze nie dawali już mu więcej nadziei, ale Reita uparcie siedział przy jego łóżku. Nagle do pokoju weszło dwóch mężczyzn. Reita spojrzał na nich zaczerwienionymi oczami od płaczu. 
- Panie Suzuki, nie możemy dłużej czekać na wybudzenie pacjenta. Niestety musimy odłączyć go od aparatury - powiedział jeden z nich.
- Ale dlaczego?! On się obudzi, na pewno!! - powiedział zapłakany basista. 
- Niestety - rzekł drugi i odłączył aparaturę, która zawyła długim, przeraźliwym piskiem. Reita ścisnął mocniej dłoń Rukiego i rozpłakał się jeszcze bardziej. Po chwili mężczyźni kazali odsunąć się Reicie. Zakryli ciało blondyna białą płachtą i wynieśli go. Reita wybiegł z sali, wpadając prosto na Kaia. Perkusista zapytał się co się stało, lecz basista tylko pokręcił głową i przytulił się do lidera. Nagle usłyszał pomruk. Spojrzał w stronę Aoiego. Trzymał on na rękach Korona. Zwierze miało smutne oczka, ponieważ nie dano mu pożegnać się ze swym ukochanym panem. Reita podszedł do gitarzysty i wziął od niego psa. Popatrzył na niego i przytulił do siebie. Piesek wtulił się w jego bluzę, smutno piszcząc. 
     Reita otworzył oczy. Za każdym razem, gdy przypominał sobie to wszystko, łzy cisnęły mu się do oczu. Nie zatrzymywał ich. Wiedział, że nie da rady. Spojrzał w bok. Podszedł do niego Koron, lekko kulejąc. Akira zsunął się z parapetu i kucnął przy zwierzęciu. 
- Wiesz, Koron-chan. Twojemu panu jest tam dobrze. Musimy żyć dla niego. On zapewne nie chciałby, żebyśmy się smucili - powiedział i usiadł na łóżku. Spojrzał na okna i otworzył szerzej oczy. Była tam ledwo widoczna postać o blond włosach i czekoladowych oczach. Reita przetarł oczy. Owa postać była teraz blisko niego. Basista nie mógł uwierzyć własnym oczom. Łzy pociekły mu jeszcze bardziej. Lekko uśmiechnięty Ruki, starł mu łzy z policzka i powiedział:
- Kochanie, nie płacz. Przecież nic się nie stało. Zawsze będę przy tobie - powiedziawszy to, nachylił się i złożył delikatny pocałunek na ustach Reity, po czym zniknął. Basista opadł bezwładnie na plecy. Jego umysł płatał mu figle. Ale czy na pewno? Przed chwilą poczuł usta Takanoriego. I ten słodki smak wanilii. Teraz był pewien, że jego ukochany, jest z nim zawsze… Niezależnie od tego, gdzie tak naprawdę się znajduje…

sobota, 6 lipca 2013

Surowi Rodzice, Reituki, 04

Witam!

Proszę nie pytać co to jest to na dole, bo nie mam pojęcia. Jest krótkie, strasznie krótkie, wiem to... Jednak.. hm.. wena do mnie jako-tako wróciła i napisałam to. Myślę, że nie jest najgorzej, ale nie jest również najlepiej.

Mam nadzieję, że zrozumiecie to czemu nie pisałam i zaakceptujecie to. Dziękuję osobom, które były ze mną przez ten czas, bo... to naprawdę pomogło mi <3 Dziękuję również osobom, które mnie krytykowały, 'hejtowały', opuściły <3

Um... Także ten.. Zapraszam na czytanie tego czegoś.

Na pocieszenie macie tumblr' y Rei' a i Uru.


* * * 

[Żeby działał trzeba nacisnąć .___.]


Dzień 3

Rano wstałem i znowu pierwsze co zrobiłem to poszedłem do łazienki. Wykąpałem się i umyłem włosy. Później wyszorowałem zęby, wysuszyłem włosy i ułożyłem je. Następnie zająłem się zakrywaniem cieni pod oczami i efektów niewyspania. Po całym zabiegu ubrałem się i wyszedłem z łazienki.
Starałem się nie myśleć o Ruki’ m, bo znowu zacząłbym się dołować i nie wiem co bym zrobił. Ten dzień chciałem przeżyć trochę inaczej. Nie chciałem się dołować. Chciałem spokoju. Jednak nie wyszło. Cały czas męczył mnie temat Hide. Wiedziałem, że go znam, ale zupełnie nie wiedziałem skąd. On chyba też mnie nie pamiętał. Nie, to nie było to, że się z nim przespałem i odszedłem. To było coś głębszego.
– Wariujesz Reita – mruknąłem cicho i wszedłem do pokoju.
Mimowolnie spojrzałem na łóżko obok. Chłopak spał w tych samych ubraniach co wczoraj, czyli w czarnej koszulce z napisem: „I ♥ Japan” i czarnych dresach. Wyglądał strasznie słodko.
Westchnąłem cicho i schowałem prostownicę do szafki, a następnie wziąłem papierosy i wyszedłem z pokoju oraz domu. Na dworze wyciągnąłem papierosy, zapaliłem jednego i zaciągnąłem się mocno.
Zastanawiałem się, dlaczego moje życie nie może być normalne. Chciałem mieć normalnych rodziców, z którymi mógłbym porozmawiać o wszystkim, ale wiedziałem, że to niemożliwe.
Wyciągnąłem dzwoniący telefon i widząc pseudonim Uru, niepewnie odebrałem.
– Moshi, moshi.
~ Reita? Tu Uruha.
– Wiem. Mam Twój numer – wywróciłem oczami. – Co się stało, że dzwonisz?
~ Yune tu był. Chciał się spotkać z Matsumoto, ale nie pozwoliliśmy mu na to. On groził, że popamiętamy go.. Mówił, że Ruki jest jego i nikt nie ma prawa się do niego zbliżać. Aoi prawie go zabił, a Meev – westchnął. – Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Pewnie gdyby mógł to zabiłby go gołymi rękami.
– Mnie popamięta. Nie ujdzie mu to na sucho.
Podszedłem do murku obok schodów i usiadłem na nim. Jednocześnie wyciągnąłem kolejnego papierosa i zapaliłem. Niby miałem nie palić, ale w takiej sytuacji po prostu musiałem.
~ Nie rób nic głupiego, proszę Cię. Nie możesz pójść do więzienia czy coś, bo młody Cię potrzebuje. On tu po prostu już wariuje. Musimy przy nim siedzieć, bo gdyby nas tu nie było, to on już dawno uciekłby stąd. Nie rozumiesz, że teraz najważniejsze jest to, aby on odzyskał sprawność psychiczną? Lekarze mówią, że on może nie być taki, jak dawniej. A zresztą już teraz widać zmianę w jego zachowaniu. On cierpi, Reita. Jemu nie jest łatwo, on potrzebuje nas wszystkich, a szczególnie Ciebie, bo to TY jesteś dla niego najważniejszy – Kou westchnął, a po chwili kontynuował swój monolog: – Starałem się z nim porozmawiać, ale on tego nie chce. Nawet Meev starał się przemówić mu do rozsądku, ale młody nic sobie z tego nie robi. Nie wiem co się między Wami stało, że Ruki teraz tak się zachowuje, nawet nie wiem czy chcę wiedzieć, ale masz to odkręcić, rozumiesz?
– Czyli teraz to wszystko moja wina, tak? – warknąłem. – Gdybyś się nie wtrącił na początku z tą swoją „miłością” to możliwe, że w ogóle by do tego nie doszło. Sam mówiłeś, że wiedziałeś o tym, że Ruki się we mnie zakochał. A ty co zrobiłeś? Zamiast pozwolić nam na uporządkowanie swoich uczuć i może być ze sobą, to po prostu się mną zabawiłeś, a gdy się znudziłem zostawiłeś mnie. Wiesz jak po tym ucierpiała jego psychika? Widziałeś jego wzrok gdy przychodziliśmy razem na próby? Nie widziałeś jego zachowania względem Ciebie? Nie widziałeś, że stał się on bardziej niedostępny i zamknięty w sobie? Ty naprawdę jesteś aż tak zacofany, aby to mnie o wszystko obwiniać, nie patrząc na swoje zachowanie? – odetchnąłem i zaciągnąłem się papierosem, a po chwili kontynuowałem: – A skoro jesteśmy już przy tym temacie: co robili chłopaki gdy mnie nie było? Co robiłeś ty, że mi zarzucasz całe zło tego świata, hm? Czy to zawsze ja muszę robić za waszą niańkę? Nie umiecie o siebie zadbać? Okej, rozumiem, że nie mogliście dopilnować Yune, ale z Matsumoto przecież każdy z Was był. Tak więc skoro „widzieliście” zmiany w zachowaniu Ruki’ ego, to czemu go nie wypytaliście wtedy? Zrobiliście cokolwiek? Nie, bo po co, Akira przyjedzie i wszystkim się, kurwa, zajmie, tak? Nienawidzę tego w Was.
~ I co? Teraz obwiniasz nas? – zakpił. – Przypominam, że to Twój „chłopak”.
– Może i mój. A może ty jesteś zazdrosny, co? W końcu się zeszliśmy, więc coś musiało się spierdolić. A jak inaczej, prawda? Przecież „Zimny i bezuczuciowy Reita” nie może być szczęśliwy. To jest przecież ofiara losu, której nikt nie chce i każdy się nią bawi, hm? Hmm.. A może ty tym zachowaniem chciałeś sprawić, żeby we mnie nie pozostał już żaden człowiek? Może chciałeś zrobić, żebym nie miał już uczuć? Jednak muszę Cię rozczarować: dla mnie najważniejszy jest Matsumoto i jeśli coś mu się stanie, i nie daj Boże umrze, to wtedy stracicie i jego, i mnie. Nie myśl sobie, że to tylko zauroczenie. Dopiero przez te wydarzenia zrozumiałem, że go kocham.
~ Ale Reita...
– Teraz pewnie pomyślisz: „Tak szybko się odkochał?” – przerwałem mu. – Tak sobie teraz myślę, czy ja Cię w ogóle kochałem. Może to właśnie było tylko i wyłącznie zauroczenie? Bo skąd ja niby mam wiedzieć co to jest miłość, skoro nigdy jej nie poczułem, nie doświadczyłem.
~ Reita nie mów tak... Ja Cię pokochałem. Może na początku chciałem Cię oddalić od Ruki’ ego, ale później wszystko się zmieniło, rozumiesz?! Kochałem Cię!
– Nie, Uru. To nie była miłość. To było zwykłe zauroczenie.
~ Ranisz mnie tym.
– Ty mnie również raniłeś i jakoś nie miałeś przed tym oporów.
~ Reita, proszę...
– Czy ja Cię nie prosiłem?
~ Ale...
– Z tej rozmowy nie wyniknie nic innego, jak tylko kłótnia – przerwałem mu. – Może lepiej skończmy ją teraz, bo nie mam nastroju to takich rzeczy. Zadzwonię później. Cześć – rozłączyłem się nie czekając na jego odpowiedź.
Westchnąłem cicho i wstałem z tego murka. Następnie otrzepałem tyłek, bo murek był brudny, i skierowałem się do mieszkania. W kuchni już kręcili się „rodzice”, a w łazience pewnie siedział Kai, bo Hide stał koło okna.
Nie przywitałem się. Miałem do dupy humor przez Uruhę, więc wolałem się w ogóle nie odzywać. Nie chciałem żeby wyszła z tego niewiadomo jaka kłótnia czy coś. Usiadłem koło Hide, a on spojrzał na mnie uważnie. Nie wiedziałem o co mu chodziło. A zresztą... Mało mnie to interesowało.
– Dzisiaj nie ma szkoły, więc najpierw Akira skosi trawnik, a później Hideto z Yutaką posprzątają trawę – oznajmił Kenji
– Od czego to ja jestem żeby kosić Wam trawę? – zakpiłem.
– Nasze dzieci...
– Ja nie jestem waszym dzieckiem – przerwałem mu.
– Ale jesteś pod naszą opieką.
– Co nie znaczy, że muszę robić wszystko, co mi każecie. Nie mam dwóch lat, żeby słuchać Was na każdym kroku. A poza tym... Nie możecie kazać mi pracować, bo jestem dla Was obcy. Nie znacie mnie ani ja was, więc nie będę dla Was pracował.
– Nie przyjmujemy odmowy, dziecko.
– Nie obchodzi mnie to – wzruszyłem ramionami. – Nie mam ani humoru, ani chęci na kłótnie. Pracować mi się nie chce i raczej tego robić nie będę.
– Nie obchodzi nas to i....!
– Idę się położyć – warknąłem, wstając od stołu.
– Wracaj tu! – krzyknął Kenji.
Nie odpowiedziałem, nawet na nich nie spojrzałem. Poszedłem do pokoju i położyłem się na łóżku. Chciałem być przy Ruki’ m, chciałem go przytulić i pocieszyć. Żałowałem, że zgodziłem się na ten jebany program, bo gdyby nie on to Takanori nie próbowałby się zabić.
Westchnąłem cicho, obracając się twarzą do ściany. Wziąłem telefon i wybrałem numer do gitarzysty, który odebrał już po pierwszym sygnale.
~ Ave, Reita. Coś się stało?
– Jesteście przy Ruki’ m? – spytałem cicho. Chciałem z nim porozmawiać i miałem nadzieję, że mi się uda.
~ Nie. Będziemy po południu. Coś się stało?
– Nie, po prostu chciałem... – westchnąłem. – Chciałem z nim porozmawiać.
~ To nie jest dobry pomysł, Rei.
– Dlaczego?
Czekałem na odpowiedź. W między czasie położyłem się w pozycji embrionalnej. Najchętniej nie wychodziłbym dzisiaj w ogóle z łóżka.
~ Słuchaj, Rei – powiedział w końcu. – Nikt nie wie co się stało, że Ruki zrobił to, co zrobił. On z nami nie chce rozmawiać, zamknął się w sobie. Nawet na nas nie reaguje. Po prostu leży na tym jebanym łóżku i patrzy w ścianę. Martwimy się o niego – westchnął. – Nawet Meev... Nawet z nim nie chce rozmawiać.
– Może... Jakbyś mi go dał do telefonu...
~ Wątpię, Akiś. Powiedzieliśmy mu, że jeśli się odezwie to pozwolimy mu zadzwonić do Ciebie. Nie zareagował na to. On nawet nie je, nie pije. Wszystko podają mu w kroplówkach.
– Uru... Możesz coś dla mnie zrobić?
~ Jasne.
– Jak będziecie znowu u niego to napisz do mnie. Ja... Napiszę do Ciebie sms’ a, a ty dasz telefon Ruki’ emu. Powiesz, że napisałem do niego. Zrobisz to dla mnie?
~ Dobrze, Akira – odpowiedział po chwili milczenia. – Mam nadzieję, że to pomoże.
– Ja też – szepnąłem. – Muszę kończyć.
~ Trzymaj się tam, Rei. Ave.
– Ave – mruknąłem i rozłączyłem się.


* * *



– Coś nie tak, kocie? – szepnął Aoi, przytulając się do moich pleców.
– Boję się o nich – odpowiedziałem i przeczesałem grzywkę. – Żałuję tego co zrobiłem i mam nadzieję, że w końcu wszystko będzie dobrze. Martwię się o nich.
– Wiem to, wiem. Oni są dla mnie bardzo ważni. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży.
Uśmiechnąłem się lekko i wtuliłem w jego klatkę piersiową. Czarno-włosy pocałował mnie w szyję, po czym przejechał po niej nosem.
– To moja wina – powiedziałem w końcu.
– Nie Twoja.
– Moja, kurwa! – warknąłem, obracając się w jego kierunku. – Gdyby nie ja... Gdybym się nie wtrącił między nich to do tego by nie doszło, rozumiesz?! Jak mogłem być takim skurwielem?! Nie zasługuję na ich przyjaźń... Nie zasługuję nawet na Ciebie – szepnąłem, a z moich oczu poleciały łzy.
– Nie prawda. Kouyou, posłuchaj mnie – złapał moją twarz w dłonie i spojrzał mi w oczy. – Na początku chciałeś ich rozdzielić, jednak później pokochałeś Akirę, prawda? Robiłeś wszystko żeby był szczęśliwy. Nie obwiniaj się za to – szepnął.
Chciałem coś powiedzieć, ale przerwał mi, całując mnie w usta. Był to agresywny pocałunek, nie pozbawiony jednak czułości. Westchnąłem i zarzuciłem mu ręce na kark, przyciągając go jeszcze bliżej siebie.


* * *



W zasadzie to praktycznie cały dzień przeleżałem w łóżku. Nie zwracałem uwagi na nic. Nie obchodziło mnie to, co oni do mnie mówili. Zignorowałem również Kai’ a i Hide. Chciałem zostać sam i w końcu to zrozumieli, bo zostawili mnie samego w pokoju. Jedynie różowo-włosy siedział na swoim łóżku i coś pisał w zeszycie. Jednak nie przeszkadzał mi, bo nic nie mówił. Po prostu siedział w ciszy.
– Hide – szepnąłem cicho, przerywając ciszę, jaka była między nami.
– Tak, Reita?
Nie słyszałem już ołówka na kartce. Słychać było tylko nasze spokojne oddechy. Westchnąłem cicho.
– Mam prośbę – powiedziałem i zagryzłem wargę.
– Coś się stało? – spytał niepewnie.
– Czy... – zacząłem, ale urwałem. – Czy możesz mnie przytulić? – mruknąłem ledwo dosłyszalnie.
Obawiałem się tego, że mnie wyśmieje, wyzwie od pedałów i każe wypierdalać. Pomimo tego, że jestem tutaj trzeci dzień to czułem się jakbym znał go bardzo długo.
Odpowiedzi nie uzyskałem. Uśmiechnąłem się lekko, czując jak przytula się do moich pleców. Objął mnie delikatnie w pasie, a twarz wtulił w moje włosy. Między nami znów zapanowała cisza, ale nie przeszkadzała mi ona. Cieszyłem się, że mogłem się do kogoś przytulić.
– Też masz wrażenie, że znasz mnie od dawna?
– Tak. Odkąd pierwszy raz Cię zobaczyłem to myślę, że Cię kojarzę. Jednak niestety nie pamiętam skąd.
– Wiesz... Przypominasz mojego brata – powiedziałem po chwili namysłu.
– Brata?
– Tak. Uciekł z domu gdy miał jedenaście lat. Miał na imię Hideo, podobnie do Ciebie.
Nie uzyskałem odpowiedzi. Obróciłem się twarzą do niego i spojrzałem na jego twarz. Miał otwarte szeroko oczy.
– Ja... Ty... Bo... Oni... – wyszeptał.
– Nie rozumiem Cię.
– Bo... Chyba... Jesteśmy braćmi? – spojrzał niepewnie w moje oczy. – Bo... Ja uciekłem z domu i oni mnie znaleźli. Powiedziałem im, że nazywam się Hideto.
– Tak długo Cię szukałem – uśmiechnąłem się lekko.
Różowo-włosy przybliżył się do mnie i wtulił się we mnie. Objąłem go ramionami w pasie, przyciągając do siebie bliżej. Westchnąłem cicho.
– Dlaczego nie odezwałeś się do mnie od tamtego czasu? Obiecałeś.
– Przepraszam. Nie byłem gotowy, a nie chcę tam wracać.
– Nie zmuszam Cię.
– To dobrze.
Wtulił twarz w moją szyję, a ja zacząłem głaskać go po włosach. Cieszyłem się, że w końcu go znalazłem. Przez cały ten czas martwiłem się o niego, a teraz wiedziałem, że jest bezpieczny.
Po paru minutach bezczynnego leżenia dostałem sms od Uruhy, że są w szpitalu. Tak jak obiecałem napisałem dość długiego sms’ a skierowanego do Maleństwa i wysłałem. Byłem ciekawy czy to pomoże.


* * *



Patrzyłem uważnie na Ruki’ ego. Gdy powiedziałem mu, że Reita napisał do niego, wziął niepewnie telefon. Jeszcze bardziej zdziwiłem się widząc łzy w jego oczach. Blondyn spojrzał na mnie niepewnie. Po zaledwie sekundzie poczułem, że wtula się we mnie. Jego łzy moczyły moją koszulkę. Wciąż zszokowany, objąłem go ramionami i przytuliłem.
– Przepraszam – wyszeptał łamiącym się głosem.
– Za co, Rukiś? – spytałem, głaszcząc go po plecach.
– Jestem idiotą... Przepraszam. Nie chciałem tego wszystkiego, ale nie wytrzymałem. Yune... On... Prawie mnie zgwałcił, Uruha.
Zamarłem, a on wtulił się we mnie jeszcze mocniej. Nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Jak to Yune prawie go zgwałcił? Dlaczego nic wcześniej nie powiedział?
– Jak to... zgwałcił? – szepnąłem.
– On dobierał się do mnie odkąd powiedziałeś, że jesteś z Reitą. Nie chciałem Was tym martwić, więc nic nie mówiłem. Każdy z Was miał własne problemy, a ja nie chciałem Wam narzucać jeszcze moich. Przepraszam.
– Jesteś idiotą.
– Wiem to. Przepraszam.
– Cii.. Nic się nie stało, ale następnym razem powiedz gdy masz problemy.
Mruknął coś sennie, kładąc głowę na moim ramieniu. Po chwili spał. Do sali wszedł Aoi i spojrzał na nas zszokowany. Jednak szybko otrząsnął się i pomógł mi położyć Takanori’ ego do łóżka. Czarno-włosy usiadł na krzesełku, a ja mu na kolanach, po czym opowiedziałem mu o wszystkim.


* * *



Byłem ciekawy czy to zadziała. Miałem nadzieję, że dotrze coś do niego i zacznie się w końcu odzywać, jeść i pić. Po jakimś czasie do pokoju wszedł Kai. Akurat siedziałem na łóżku i rozmawiałem z Hide. Czarno-włosy podszedł do nas i usiadł obok mnie, po czym spojrzał na nas.
– Wszystko w porządku? – spytał z troską w głosie.
– Chyba tak – mruknąłem.
– Chyba?
Młodszy westchnął i powoli opowiedział mu o tym, co odkryliśmy. Kai na początku był zszokowany, ale później cieszył się, że znaleźliśmy się. Powiedział nam również, że pogodził się z Miyavi’ m. W tym roku kończył liceum, więc przeprowadzi się do Kanagawy i wszyscy będą zadowoleni; Meev, bo będzie go mieć przy sobie oraz jego rodzice.
Uśmiechnąłem się lekko i położyłem na łóżku. Byłem zmęczony tym wszystkim. Zastanawiałem się również nad tym czy Ruki zaczął się odzywać. W zasadzie to cały wieczór myślałem o nim. W końcu dostałem sms’ a od Uru.
„Rei... Nie wiem coś ty mu napisał, ale podziałało. Je, pije, rozmawia. Zachowuje się tak, jakby tamtego okresu nie było. Nie wiem coś mu zrobił, ale trzymaj tak dalej.”
Odetchnąłem z ulgą, czytając to. Jednak nie odpisałem mu. Jakoś nie widziałem potrzeby żeby cokolwiek mu pisać. Miałem nadzieję, że w końcu będzie lepiej, a jutrzejszy dzień nie będzie taki, jak dzisiejszy.
Kai poszedł do swojego pokoju po jedenastej. Poszedłem do łazienki i zrobiłem wieczorną toaletę, po czym położyłem się do łóżka.
– Dobranoc, Rei – usłyszałem cichy głos Hide.
– Dobranoc – odpowiedziałem po chwili, zamykając oczy.


________________________

Wytrwaliście do końca? Brawo *śmiech* Mam nadzieję, że się nie zanudziliście ani nic. Starałam się nie robić z tego smutasa, nie wiem czy mi wyszło.

Odpowiedzi:
Diru: Ojojojojoj. Mam się bać, Emoś- chan? :c Naprawdę jesteś w stanie mnie pobić?? *płacze* A myślałam... Myślałam, że coś dla Ciebie znaczę! Wiesz... Wiesz... Ale i tak kocham moje słodziutkie Ukeeeee <3 Ano wiem, że nie masz weny i rozumiem to c: Takie życie.

Kira Sakamoto: Heh. Ja również tak robię. Słuchawki na uszach i mnie nie ma *śmiech* Długo myślałam nad tym skąd on może go znać i to był największy problem w tym, ale mam nadzieję, że jakoś sprostałam wymogom co do nich ^^

Black Cherry: Ano.. Jeśli ja piję kawę (co zdarza się bardzo rzadko) to nie słodzę, nie daję mleka... Piję taką zwykłą, bo taka jest najlepsza :3 Właśnie myśląc nad postacią tatulka wzięłam imię od TEGO Kenji'ego *śmiech* Wiesz... Hide to właśnie TEN Hide.

Kaoru Kuroki: Cieszę się, że Ci się jak na razie podoba i mam nadzieję, że tamto coś wyżej zadowoliło Cię w jakiś sposób. Mnie się tamto osobiście nie podoba.

ItoshiiShizu Sekai: Dziękuję za miłe słowa... Ale jakoś Cię nie kojarzę. Nie byłam na tych blogach, ale jeśli znajdę chwilkę czasu to na pewno zajrzę.

Chinatsu Enma Yuuriko: Ahahahhaha. Właśnie Akiś miał być tutaj takim skurwielem :3 Zgadzam się z tym, że Yune wykastrować *śmiech* Ale jak ReiRei wróci to lepiej niech uważa ^^ DOKŁADNĄ przyczynę tego wszystkiego poznasz w epilogu, ewentualnie coś tam mogę napisać w następnych rozdziałach.

Tynka: Napracowałam? Hm.. Jeśli można to tak nazwać *śmiech* Dziękuję za miłe słowa. Wena kiedyś Ci wróci tak jak mi magicznie wróciła! ALLELUJA!

Yume Suzuki: Czy nie chodziło Ci o to, że jeśli Ruks umrze to ty nie przeżyjesz? *drapie się po głowie* Ja to właśnie tak odczytałam. Też czasem nie potrafię napisać nic sensownego co zresztą widać...


poniedziałek, 13 maja 2013

Przyjaźń i miłość mimo wszystko. Reituki. 03 end


– To co gotowy? – spytał Sojiro.
– Jasne. – mruknąłem.
– Gotowy na podróż swojego życia? – spytał wesoło.
– Nie. – odpowiedziałem i spuściłem głowę.
Sojiro podszedł do mnie i przytulił mnie do siebie. Wtuliłem się w jego klatkę piersiową.
– Kocham Cię braciszku, wiesz? Obiecuję, że nic złego tym razem Ci się nie stanie. – powiedział.
– Też Cię kocham. – szepnąłem w jego klatkę piersiową. – Przepraszam, że się na Tobie wyżywałem, ale nie chcę tam znowu jechać. – w oczach miałem łzy. – Nie chcę.. Nie mam na to siły, rozumiesz?
– Wiem, braciszku wiem. – uścisnął mnie mocniej. – Możesz do mnie pisać kiedy tylko chcesz.
Na te słowa zachichotałem.
– Tak samo powiedział do mnie Reita. – mimowolnie westchnąłem.
– Dobry z niego przyjaciel, nie? – zagadnął z uśmiechem.
– Właśnie. Przyjaciel. – uśmiechnąłem się smutno. – No cóż lepsze to niż nic, nie? To ja już lecę. Dzięki i do zobaczenia w niedzielę. – wyszczerzyłem zęby w szczerym uśmiechu i poszedłem do samochodu po drodze zgarniając swoją małą torbę i gitarę.
– Mam nadzieję, że już zawsze będziesz się do mnie tak uśmiechać. – odpowiedział mi z uśmiechem.
– Zobaczy się. – pokazałem mu język i wsiadłem do samochodu.
Mógłbym przysiąc, że gdy mijałem dom Reity widziałem go w oknie uśmiechającego się lekko.


***
                                                                                                                                     
Dojechaliśmy wieczorem. Rozpakowałem się, zjadłem kolację, wykonałem wieczorną toaletę i poszedłem spać.
Rano obudziłem się w strasznie złym humorze. Nie lubiłem tu przebywać. Nie ze względu na ojca, ale na wydarzenia z przeszłości. Cały dzień chodziłem zły. Nie odzywałem się, nie śmiałem się.. Nie robiłem nic. Siedziałem w pokoju i grałem na gitarze.
Wieczorem opuściłem pokój i oznajmiając, że nie wiem kiedy wróci wyszedłem. Kupiłem kwiaty w pobliskiej kwiaciarni i skierowałem się na cmentarz.
Położyłem kwiaty na grób i uklęknąłem.
– Junko, kochana.. – szepnąłem cicho. – Przyszedłem tak jak Ci obiecałem, ale nie jest to dla mnie łatwe, wiesz? – miałem łzy w oczach. – Jak mogłaś być taka lekkomyślna? – łzy znalazły ujście. Spokojnie płynęły po moich bladych policzkach. – Mówiłem Ci abyś została, prawda? Ale ty jak zwykle się uparłaś. – szloch. Spojrzałem smutny na nagrobek. – Mówiłem Ci, prawda? Gdybyś nie była taka uparta żyłabyś… Minął już rok, a mnie nadal boli serce gdy o Tobie pomyślę, wiesz? Nie mogę znieść myśli, że Ciebie tu już nie ma.
– Takanori? – usłyszałem głos za sobą.
Kogo to licho niesie? Lekko obróciłem głowę.
– Pani Furuta? Co pani tu robi? – szepnąłem cicho.
– Przyszłam na grób córki. – położyła kwiaty. – Widzę, że wciąż Ci ciężko. Ja się jakoś pozbierałam. A wiesz kto mi pomógł? – spytała z uśmiechem. – Twój ojciec. To taki życzliwy człowiek.
– Tak bardzo mi jej brakuje. – jęknąłem i zaniosłem się szlochem.
Mama Junko ukucnęła i objęła mnie.
– Wiem Takanori, wiem. – westchnęła. – Ale nie możesz całe życie rozpaczać. Widziałeś na pogrzebie, że zmarła uśmiechając się, prawda?
– Tak. – powoli uspokajałem się. – Ciekawe o czym myślała. – zamyśliłem się.
Klęczeliśmy tak w ciszy przez jeszcze chwilę. Później kobieta podniosła się.
– Ja już wracam. Miło było znowu Cię zobaczyć Takanori. – poklepała mnie po ramieniu i oddaliła się.
Klęczałem przed jej grobem jeszcze parę minut. Następne wstałem, otrzepałem się z kurzu i poszedłem do pobliskiego monopolowego. Wszedłem do środka i kupiłem dwie butelki dość mocnego alkoholu. Usiadłem na ławce w parku i wspominając dawne chwile powoli sączyłem trunek.


* * *

[Toshi]

– Sojiro wiesz gdzie on może być? – panikował ojciec Toshiro. – Wyszedł i do tej pory nie wrócił.
– Sprawdziłeś na cmentarzu? – usłyszał zdenerwowany głos.
– Tak i go nie ma. Cholera.. Nie trzeba było pozwalać mu wychodzić.
– Dobra. Ja wsiadam w samochód i będę tam za półtorej godziny. Do zobaczenia. – rozłączył się.


***

Półtorej godziny później.

Fugoku otworzył gwałtownie drzwi. Miał nadzieję, że to Takanori, ale to był Sojiro.
– I co? Nadal go nie ma? – padło pytanie.
– Nie ma go. Szukałem chyba wszędzie.
– A ten park koło cmentarza?
– Cholera. – zaklął. – Nie sprawdzałem tam. Nie przyszło mi to do głowy.
– To ja pójdę tam poszukać, a ty czekaj na niego, dobrze? – powiedział Sojiro.
– Okej.
Już miał wychodzić gdy drzwi otworzyły się. Stał w nich Takanori, ale kompletnie pijany.
– Ruki! – wykrzyknęli równocześnie.
– Sojiro? <czknął> Co ty tu <czknął> robisz? – spytał niewyraźnie.
– Martwiłem się o Ciebie, braciszku.
– Nie trzeba <czknął> było. – próbował zrobił krok, ale upadł wprost w ramiona brata. Mimowolnie wtulił się w niego. Chyba właśnie tego mu było trzeba.
– Co się stało?
– Byłem na cmen <czknął> tarzu.. Spotkałem jej matkę. <czknął> Nie mogłem tego znieść <czknął> poszedłem się upić.. <czknął>
– Och, Taka- chan. – brat wziął go na ręce i skierował się z nim na kanapę. – Tato idź spakować jego rzeczy.
– Co? – zdziwił się.
– Zabiorę go do domu. To nie był dobry pomysł, aby teraz tu przyjeżdżał.. To jeszcze nie czas.
– Dobrze. – skierował się do pokoju syna.
Sojiro wyciągnął komórkę i napisał do Akiry. On oczywiście wiedział, bo chłopak był u niego i pytał czy nie dzwonili do siebie.
S: „Cześć Akira. Wiem, że już późno, ale pewnie i tak nie śpisz. Znalazł się. Przyszedł do domu kompletnie pijany. Zabieram go do Tokio. Dziękuję za pomoc. Sojiro.” – wysłał.
Po niespełna minucie otrzymał wiadomość
 A: „To dobrze. Kamień spadł mi z serca. Nie mógłbym znieść myśli, że więcej go nie zobaczę. Masz rację nie spałem cały czas i myślałem o tym co mu się mogło stać. Nie mogę uwierzyć, że się upił. Mówił mi, że w ogóle nie pije. Okłamał mnie? Akira.”
S: „Nie, nie okłamał Cię. Musiało być to bardzo ważne, bo on pije aby zapomnieć. To już drugi czy trzeci raz. Nie mogę Ci powiedzieć dlaczego, ale wiem, że jeśli on będzie chciał to Ci powie. Dobranoc. Sojiro.”
Jego ojciec zaniósł już jego bagaże do samochodu. Sojiro wziął go na ręce i posadził z tyłu wozu. Zapiął pasami i okrył kocem. Następnie usiadł za kierownicą i jeszcze raz spojrzał na telefon. Była tam wiadomość od Akiry. Otworzył ją.
A: „Mam nadzieję, że mi zaufa i powie. Wpadnę jutro, aby go odwiedzić. Dobranoc. Akira.”
                Westchnął i włożył telefon do kieszeni.


***

[Takanori]

Rano obudziłem się ze strasznym bólem głowy.
– Nigdy więcej. – szepnąłem od siebie i usiadłem na łóżku. Rozglądnąłem się po pokoju. Jestem u siebie? Przecież byłem u ojca? Co jest grane? Z trudem wstałem i ruszyłem do kuchni. Na schodach o mało co się nie wywaliłem, ale dzielnie doczłapałem do kuchni. Poszedłem do szafki i wyciągnąłem tabletki przeciwbólowe. Popiłem wodą mineralną nie gazowaną. Dopiero wtedy spostrzegłem, że jestem w samych spodenkach, a na krześle siedzi mój brat. Patrzyłem na niego, ale nic nie mówił.
– Więc? Powiesz mi co się stało, otooto? (młodszy brat) – zaczął.
– Nie wiem aniki. (starszy brat) – odpowiedziałem.
– Poszedłeś na cmentarz, tak? – skinąłem głową. – Co było dalej.
Usiadłem na przeciwno niego i zamyśliłem się.
– Spotkałem mamę Junko. Rozmawialiśmy i chyba płakałem. – powiedziałem patrząc na swoje dłonie. – Nie mogłem tego dłużej znieść. Tego poczucia winy.. Przecież to ja ją puściłem w środku nocy samą! – podniosłem głos. – Gdybym nie pozwolił jej iść. Gdybym tylko… To wszystko moja wina.. Moja, kurwa, zasrana wina, rozumiesz? Chciałem zapomnieć, uciec od tego wszystkiego. Poszedłem do monopolowego. Kupiłem dwie butelki jakiegoś alkoholu.. Poszedłem do parku. Ostatnie co pamiętam to łzy i połykany trunek.. Później nic. – zakończyłem swoją wypowiedź. – Jesteś na mnie zły, aniki? – spytałem cicho z bólem w głosie.
– Baka. (głupek) Za co miałbym być zły, co? – podszedł do mnie i przytulił. – Przepraszam, że kazałem Ci tam jechać. Wiedziałem, że cierpisz, ale nie, że aż tak. Wybacz mi. – szepnął.
– I może mi powiesz, że to Twoja wina, co?
– Tak.
Uderzyłem Sojiro w głowę.
– Nawet nie waż się tam myśleć. To nie była Twoja wina.. Po prostu – wzruszyłem ramionami. – nie wytrzymałem psychicznie.
Nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
– Która godzina? – spytałem.
– 13:32. – odpowiedział patrząc na zegarek.
– Kogo to niesie? – poszedłem otworzyć.
W drzwiach stał Rei i jak tylko mnie zobaczył przytulił mnie mocno nogą zamykając drzwi.
– Jak dobrze, że nic Ci nie jest. – wyszeptał mi do ucha. – Nie strasz mnie tak więcej.
– Gomen, gomen. – oddałem lekko uścisk.
Reita westchnął i delikatnie odsunął mnie od siebie. Kątem oka zauważyłem, że o framugę opiera się Sojiro i patrzy na nas.
– Ohayo Sojiro. – powiedział przyjaźnie, ale nie spojrzał na niego.
– Witaj Reita. Takanori, – zwrócił się do mnie. – widzę, że ma się kto Tobą zając więc ja wychodzę.
– Umówiłeś się z Deyamą? – wyszczerzyłem się.
– Otóż to mój malutki braciszku. – poczochrał mnie lekko po włosach.
– Baw się dobrze.
– Okej. – powiedział entuzjastycznie. – Wrócić na noc?
– Nie trzeba. Poradzę sobie.
– Okej. To do zobaczenia w poniedziałek. – pożegnał się i wyszedł.
Obróciłem się i już miałem wejść do salonu gdy ktoś chwycił mnie za nadgarstek.
– Co ty..? – zacząłem.
Nie dokończyłem, bo zostałem mocno przytulony.
– Błagam Cię. – usłyszałem cichy i błagalny głos. – Nigdy więcej mnie tak nie strasz. Nawet nie wiesz jak się bałem.. Tak cholernie. Nie mogłem znieść myśli, że już nigdy więcej Cię nie zobaczę, rozumiesz?
                Czułem przyjemne dreszcze na całym ciele. Zapragnąłem go mieć bliżej. Zarzuciłem ręce na jego kark i przyciągnąłem go bliżej. Głowę wtuliłem w jego szyję wdychając jego słodki zapach.
– Przepraszam. – wyszeptałem mu prosto do ucha. – Nie wiedziałem, że będziesz się o mnie aż tak martwić. Po prostu nie mogłem zapomnieć.. Natłok wspomnień i myśli.. To wszystko przyszło tak niespodziewanie. Rok nie wystarczy, aby zaleczyć wszystkie rany. Po prostu nie wytrzymałem już i musiałem temu zaradzić...
– Nie wiem co bym zrobił gdybym Cię stracił Takanori. – wyszeptał równie cicho.
– Czemu? Przecież jesteśmy tylko przyjaciółmi. – powiedziałem smutno.
– Nie. Nigdy nie traktowałem Cię jak przyjaciela.
Oderwałem się od niego, a w oczach miałem łzy.
– Co? Czemu..? –czyli, że nic dla niego nie znaczę, tak?
– Spokojnie. – pogłaskał mnie po policzku. – Nigdy nie traktowałem Cię jak przyjaciela, bo – spojrzał mi w oczy. – kocham Cię, Ruki.
Patrzyłem na niego w szoku. Czekaj?! Co on powiedział? Że mnie kocha? Ale... Po moich policzkach poleciały łzy. Czyli, że...? On... Patrzyłem na niego w szoku nie zdolny do jakiegokolwiek ruchu. On naprawdę to powiedział...? A może po prostu się przesłyszałem?
– Ruki? Czemu płaczesz? Nie powinienem tego mówić tak szybko, prawda? Nienawidzisz mnie teraz, nie? Spieprzyłem wszystko... – westchnął. – To ja już pójdę. – obrócił się aby odejść, ale złapałem go za rękaw i przytuliłem się do jego pleców.
– Powtórz to jeszcze raz. – poprosiłem cicho.
Reita obrócił się do mnie i spojrzał mi w oczy uśmiechając się lekko.
– Kocham Cię, Ruki.
Uśmiechnąłem się szeroko, stanąłem na palcach i przytuliłem go mocno zarzucając mu ręce na kark i wtulając głowę w jego szyję.
– Ale nie bawisz się mną, prawda? – spytałem cicho.
– No coś ty? – przytulił mnie. – Nie rzucam słów „Kocham Cię” na wiatr.
Wtuliłem się w niego bardziej i zagryzłem wargę.
– Ja... – westchnąłem. – Bardzo Cię lubię, ale... Nie wiem jeszcze czy to miłość.
– Ale nie czujesz do mnie tylko zwykłej przyjaźni? – spytał ostrożnie.
– Nie... Nie czułem nigdy czegoś takiego, ani nikt mnie nie kochał, więc... Nie wiem za bardzo co to za uczucie.
– Nie zmuszam Cię o to, abyś mi to powiedział dzisiaj czy jutro... Tylko jak będziesz gotowy i będziesz wiedzieć.
– Dziękuję. – szepnąłem. – Zostaniesz ze mną na noc? Nie chcę być dzisiaj sam.
– Jasne, ale muszę iść po rzeczy do szkoły i po coś do ubrania.
– Okej. Jesteś głodny? – spytałem.
– Mogę coś zjeść.
– To ty idziesz po rzeczy, a ja zrobię coś do jedzenia. – uśmiechnąłem się.
Reita podszedł do mnie i pocałował mnie lekko w policzek, a następnie uśmiechnął się i wyszedł, a ja zabrałem się za przygotowywania czegoś do jedzenia.


* * *

                Właśnie odcedzałem makaron gdy poczułem, że ktoś mnie przytula. Obróciłem się szybko wystraszony.
                – Człowieku nie strasz mnie tak. – odetchnąłem  z ulgą. – Mam zawału dostać?
                – Nie chciałem Cię wystraszyć. – szepnął mi do ucha. – A tak w ogóle co ty masz na nogach? – zaśmiał się.
                – Moje papucie. – spojrzałem w dół. – Ach.. Ja się jeszcze nie ubrałem. To zaraz wrócę.
                Gdy mijałem go przytulił się do moich pleców.
                – Tak wyglądasz bardziej seksownie. – wyszeptał mi do ucha.
                – Dlatego wolę się ubrać, bo jeszcze mnie zgwałcisz. – zaśmiałem się.
                – Kusząca propozycja.
                – Puść mnie. Muszę iść się ubrać. – jego ręce na moim brzuchu skutecznie uniemożliwiały mi koncentracje. – Rei... – westchnąłem.
                – Słucham? – przejechał nosem po mojej szyi.
                – Rei... Przestań... Proszę...
                – Czemu? – pocałował mnie w szyję.
                – Bo... Nie jestem gotowy na... Wiesz co... – powiedziałem cicho.
                – Rozumiem. – odsunął się ode mnie.
                – To nie tak, że nie chce... Po prostu...
                – Przecież Cię nie zmuszam, – przerwał mi. – ale lepiej idź się ubierz, bo nie wiem co mogę Ci zrobić. – zaśmiał się.
                – Idę, idę. – z westchnieniem ruszyłem do mojego pokoju.
                Z szafy wyciągnąłem moje luźne, czarne spodenki do kolan i luźny, szary podkoszulek. Poszedłem do łazienki...
                – Zabiję Cię, Rei. – szepnąłem patrząc na moją szyję. Widniała tam dość spora malinka.
                Ubrałem się  i zszedłem na dół.
                – Zabiję Cię, wiesz? – zaśmiałem się.
                – Czemu? – zrobił minę niewiniątka.
                Pokręciłem zrezygnowany głową.
                – To nakładaj sobie. Chyba masz rączki, nie?
                – Czemu jesteś taki niedobry?
                – Nie narzekaj.
                – Zawsze tak chodzisz ubrany? – zaśmiał się widząc moje papucie i styl.
                – Tak. A przeszkadza Ci to? – spytałem i również zacząłem sobie nakładać spaghetti.
                – Nie, ale mnie prowokujesz.
                – To może mam ubrać worek od kartofli i pudełko na głowę, co? – zaśmiałem się.
                – Super by się to z Ciebie ściągało.
                – Jesteś zboczony. – zaśmiałem się. – A teraz jedz, zboczeńcu, bo Ci wystygnie.


* * *

                – To było pyszne. Kto Cię nauczył gotować?
                – Nikt. Sam musiałem się nauczyć, bo moi rodzice rozwiedli się gdy byłem mały. Ciągle się kłócili nawet o najdrobniejsze rzeczy typu kubek na biurku. Ja z bratem chcieliśmy zostać z ojcem, ale matka się uparła i w sądzie wywalczyła prawa rodzicielskie, ale... – zapatrzyłem się w podłogę. – Ona nigdy nie ma dla nas czasu. Dla niej liczy się tylko praca. Jak myślisz dlaczego to nie ona robiła mi zastrzyki? Dlaczego nigdy jej nie widziałeś? Bo jej nigdy w domu nie ma. Dla mnie najważniejszą osobą w moim życiu zawsze był, jest i będzie mój brat. On zna mnie na wylot i ja też potrafię go przejrzeć jak nikt inny. To nie jest tak, że mojego ojca kocham bardziej niż matkę, ale to on ma dla Nas najwięcej czasu, on mnie zna lepiej od matki, a ja... Znowu go zraniłem... Nie byłem gotowy znowu tam jechać, ale nie chciałem sprawić mu przykrości, ale nie wytrzymałem tego wszystkiego... Po prostu... To było zbyt przytłaczające... – poczułem, że Rei przytula mnie.
                – Nie musisz mi tego mówisz jeśli nie chcesz. – szepnął.
                – Ja chce, ale to dla mnie bolesne, rozumiesz? Wiem jak to jest gdy nikogo nie ma przy Tobie, więc wiem jak Ci ciężko...
                – Ty masz brata, a ja nikogo... – wtuliłem się w niego zarzucając mu ręce na kark.
                – Ja może i zawsze go miałem, ale... Nie zawsze byłem z nim tak blisko jak teraz. Jak to nie masz nikogo? Masz chłopaków. Masz mnie. Zawsze będę przy Tobie i po Twojej stronie. – pogłaskałem go po głowie.
                – A ja z Tobą. Powiesz mi co takiego tam się stało, że nie chciałeś tam jechać? – spytał ostrożnie.
                Wtuliłem głowę w jego szyję, a on zaczął głaskać mnie po plecach.
                – Nie chcesz to nie mów.
                – Ja chcę tylko jeszcze nie dzisiaj. To dla mnie zbyt bolesne, rozumiesz? Między mną, a moim bratem jest to temat tabu...
– Rozumiem, ale wiedz, że mi możesz powiedzieć wszystko.
– Dziękuję. – odsunąłem się od niego. – Ty też możesz mi powiedzieć wszystko. To chodź. Pomożesz mi pozmywać, a potem możemy coś pooglądać. Wziąłeś gitarę? – spytałem widząc czarny futerał.
                – No w zasadzie to tak... – widziałem, że się zmieszał.
                – Zagrasz mi coś?
                – Dobra, ale później, ale ty też mi coś zagrasz?
                Westchnąłem zrezygnowany.
                – Tylko zagrać? – spytałem dla pewności.
                – Albo zaśpiewać. – zaśmiał się.
                Uśmiechnąłem się szeroko.
                – Coś Ci pokaże.
                – Co? – zdziwił się.
                – Zobaczysz.
                – Ruki...? – zaczął.
                – Hm? – mruknąłem.
                – Żeby było oficjalniej. Zostaniesz moim chłopakiem?
                – Czyli będę się musiał trochę pomęczyć, co? – zaśmiałem się. – No pewnie, że tak. – pocałowałem go w policzek.


* * *

                – No dobra. To chodź. – pociągnąłem go za rękę na górę. – Jesteś pierwszą osobą, której to pokazuje.
                – Ale co...?
                – Przedstawiam Ci... – otworzyłem drzwi. – Moje małe studio nagraniowe. – uśmiechnąłem się.
                – Stu...dio? – wydukał.
                – Z bratem dostaliśmy je na święta parę lat temu. Zaśpiewać Ci piosenkę, dzięki której w ogóle zacząłem śpiewać i grać? – spytałem.
                – Jasne. – przytulił mnie. – Wiesz, że nie musiałeś mi tego pokazywać?
                – Wiem, ale chciałem. To chodź.
                Oderwałem się od niego i ruszyłem w kierunku panela nagraniowego.


* * *

*Poniedziałek*

                Jak zwykle do szkoły zaszliśmy parę minut przed dzwonkiem, ale jedyną różnicą było to, że szliśmy do szkoły trzymając się za ręce.
                – Uuu... Widzę, że coś poważnego stało się w ten weekend. – zaśmiał się Kai.
                – A mówiłem, że to zły pomysł? – uśmiechnąłem się.
                – Nie przesadzaj, a teraz chodźmy, bo pierwsza muzyka.
                Nauczycielka o dziwo znowu przyszła równo z dzwonkiem. Wpuściła nas do klasy i kazała się rozpakować.
                – No dobrze. Na dzisiaj mieliście nauczyć się tej piosenki ze strony piętnastej. Kto chce pierwszy? – spytała jak już siedzieliśmy w ławkach rozpakowani.
                Nikt nie podnosił ręki ani nic takiego. Westchnąłem i podniosłem rękę do góry.
                – Ja mogę. – powiedziałem.
                – Ruki co ty robisz? – zdziwił się Aoi.
                – Zobaczysz. – uśmiechnąłem się przebiegle i wstałem. – To mogę? – zwróciłem się do nauczycielki.
                – Jesteś nowy i może nie powinieneś...
                – Spokojnie. Nie zabiję Pani moim fałszem. –uśmiechnąłem się lekko. – Coś tam o muzyce i śpiewaniu wiem.
                Usłyszałem prychnięcie Reity.
                – Coś tam? – zakpił.
                – Och. Zamknij się. To jak będzie? – zwróciłem się do profesor Goty.
                – Dobrze. Na pamięć czy z książki?
                – Na pamięć, na pamięć. Uczyłem się tej piosenki w poprzedniej szkole więc może coś jeszcze pamiętam. Ma się tą pamięć fotograficzną. – mruknąłem pod nosem i podszedłem do jej brązowego pianina.
                Widziałem na sobie spojrzenia wszystkich osób, ale nie przejmowałem się nimi. Tak szczerze to byłem do nich przyzwyczajony. Nauczycielka zaczęła grać, a ja śpiewać tradycyjną piosenkę „Sakura, Sakura.”


* * *

                Po skończeniu profesor Gota spojrzała na mnie.
                – Coś nie tak? – spytałem.
                Widziałem zdziwione spojrzenia całej klasy, ale tylko Reita uśmiechał się lekko.
                – Od którego roku życia śpiewasz?
                – Hmm... Na gitarze zacząłem w wieku siedmiu lat, a śpiewać chyba jak miałem sześć... Coś w tym stylu. Czy nawet wcześniej.
                – W takim razie jesteś już doświadczony, co?
                – Troszeczkę?
                – Usiądź. Ocena sześć. Za tydzień są eliminacje do konkursu piosenki, nie ma jakiś szczególnych wymogów co do zespołu i języka. Może wziąłbyś udział? – usiadłem w ławce wzdychając.
                – Mogę spróbować, ale nic nie obiecuję.
                – Dlaczego Nam nie powiedziałeś, że śpiewasz? – spytał z wyrzutem Uruha.
                – Wyleciało mi z głowy. – uśmiechnąłem się zakłopotany. – Tak wyszło. – wzruszyłem ramionami. – Wy też nie powiedzieliście mi, że gracie na gitarach i perkusji.
                – Wiesz już co zaśpiewasz? – przerwała nam.
                – To ma być własna piosenka czy jakiegoś zespołu lub coś takiego? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
                – Kogoś sławnego. Zespół lub solista.
                – No to powiedzmy, że wiem.
                – Potrzebujesz pomocy?
                – Nie. Poradzę sobie, ale dziękuję. – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem.
                – No dobrze, ale przyjdź do mnie przed eliminacjami z piosenką. – nie dawała za wygraną.
                – Jasne. Eliminacje są w poniedziałek, tak? To może w jutro, pojutrze? Kiedy pani ma czas. – stwierdziłem, bo w końcu ja i tak będę ją umieć jeszcze dzisiaj.
                – Nauczysz się do jutra? – zdziwiła się.
                – No pewnie. Pół godzinki i umiem na pamięć. Nawet nie. Parę minut.
                – No dobrze. To kto następny? – i tak zaczęła się dalsza część lekcji.
                Musiałem stwierdzić, że reszta chłopaków też ma niezłe głosy. Reita i Aoi również śpiewali dobrze, a Uru... Bez komentarza. Znaczy.. Nie było tak źle.


* * *

                – Serio chcesz brać udział w tym konkursie? – spytał Kai gdy wracaliśmy do domu.
                – A czemu nie? I tak nie mam za bardzo co robić więc... Co mi stoi na przeszkodzie? A tak w ogóle to gdzie ty mieszkasz? Nigdy tędy nie wracałeś. – zdziwiłem się.
                – Idzie do mnie. Mamy kartkówkę z geografii, a ja nic nie umiem. – odpowiedział Reita.
                – Mhm.. – mruknąłem.
                Byliśmy już pod domem Reity. Mimowolnie spojrzałem w kierunku mojego domu i zauważyłem tak bardzo znajomy czarny samochód.
                – Szlag. – zakląłem cicho pod nosem.
                – Co się stało? – spytał Rei.
                – Nic. – westchnąłem. – Ja chyba muszę już iść. – powiedziałem niepewnie. To nie możliwe żeby ona przyjechała, nie? Cholera, no! – Cześć. – mruknąłem, pocałowałem szybko Akire w policzek i krzywiąc się ruszyłem do domu.


* * *

[Akira]
                – Co mu się tak nagle stało? – spytał Kai.
                – Nie mam pojęcia, ale to chyba przez ten samochód, nie? – spytałem patrząc raz na pojazd, a raz na Ruki’ ego. – Dobra. Chodźmy. Jutro się go zapytam o co chodzi.
                – Jasne. To chodźmy.


* * *

                – Odprowadzę Cię. – zeszliśmy na dół.
                – Nie musisz.
                – Wiem, ale chce.
                – No to chodźmy. – ubraliśmy buty i wyszliśmy z domu.
                Nie odzywałem się. Szedłem patrząc na ziemię.
                – Wszystko w porządku? – spytał cicho gdy staliśmy przed jego domem.
                – Martwię się. – odpowiedziałem równie cicho.
– Widzę to. – przytulił mnie. – Będzie dobrze, ale ja już muszę lecieć. Do zobaczenia, Ue- chan. – pocałował mnie w policzek.
                – Do zobaczenia. – mruknąłem i oddaliłem się.
                Szedłem przez park gdy zobaczyłem skuloną postać siedzącą pod drzewem. Skądś ją znałem.. Podszedłem bliżej. Pod drzewem siedział Ruki.
                – Hej, skarbie. – kucnąłem przed nim i dotknąłem jego ramienia. – Czemu tu siedzisz?
                Spojrzał na mnie. Miał czerwone od płaczu oczy. Nic nie powiedział tylko wtulił się we mnie.
                – Chodźmy do mnie. Zadzwonię do Sojiro i zostaniesz na noc, okej? – pogłaskałem go po plecach.
                Nie odpowiedział tylko wtulił się we mnie bardziej.
                – Chodź. W domu porozmawiamy.


* * *

                – To powiesz mi co się stało? – spytałem stawiając przed nim kubek z herbatą. – Niestety miałem tylko malinową.
                Był taki nieśmiały, że znowu przypomniał mi się ten chłopak z pierwszego dnia szkoły.
                Uklęknąłem przed nim i przytuliłem go.
                – Przyjechała moja matka. – powiedział jeszcze ciszej. – Ja nie mogę z nią wytrzymać. Czepia się o byle powody... Krzyczy... Obwinia mnie za wszystko... Nie mogłem tego wytrzymać.. Dlatego wolę mieszkać z ojcem. – z jego gardła wydobył się szloch.
                Przytuliłem go mocniej, a on wtulił się we mnie.
                – Widziała mnie z Tobą przed Twoim domem. – zaczął znowu. – Powiedziała, że nie chce mieć w domu drugiego geja i kazała mi z Tobą zerwać. Nawet jej w domu nie ma więc co jej do tego? Sojiro jak tylko się dowiedział, że ona przyjeżdża pojechał do swojego chłopaka. Nie mogę znieść tego ciągłego poniżania więc wyszedłem mówiąc, że obiecałem pomóc koleżance w nauce. I ja przepraszam za najście... Jeśli Ci przeszkadzam to sobie pójdę. – i znowu ten głos jak z pierwszego dnia naszego spotkania.
                – Baka. (głupek) Nie przeszkadzasz mi. Poczekaj. Zadzwonię do Sojiro, że jesteś u mnie. – wyciągnąłem telefon i wybrałem numer jego brata, który odebrał po pierwszym sygnale.
                – Akira? – usłyszałem zdenerwowany głos. – Ruki powiedział, że idzie do koleżanki, ale wątpię, że poszedł. Nie wiesz gdzie on jest?
                – Spokojnie Sojiro. Jest ze mną. Nic mu się nie stało. Nie martw się. Ruki zostanie u mnie na noc.
                – Ja na razie jestem w domu więc przyniosę Wam jego rzeczy do szkoły i na przebranie, dobrze?
                – Jasne. To będę czekać. Do zobaczenia.
                – Do zobaczenia. – pożegnał się.
                – I co? – usłyszałem cichy głos Ruki’ ego.
                – Przyjdzie z Twoimi rzeczami.
                – Dziękuję Ci za wszystko.
                – Przecież nie masz za co, skarbie. Mówiłem Ci, że możesz na mnie liczyć, prawda?
                – No tak, ale nie powinienem Ci się zwalać na głowę z każdym problemem.
                – Przecież nic się nie stało. Już Ci to powiedziałem, prawda? Kocham Cię i możesz ze mną rozmawiać o wszystkim. – usłyszałem dzwonek do drzwi. – Proszę!


* * *

                – To idziemy spać? – spytałem cicho.
                – Przepraszam. Nie powinienem tu przychodzić, nie? Co Twój ojciec powie?
                – Nie denerwuj mnie. – zirytowałem się. – Ile razy mam Ci powtarzać, że nic się nie stało? Możesz przychodzić do mnie kiedy tylko chcesz, rozumiesz?
                – Ale i tak mam wyrzuty sumienia.
                – Niepotrzebnie. Chodź. – wziąłem go za rękę i pociągnąłem na górę.


* * *

[Takanori]
Reita położył się w łóżku, a ja wsunąłem się pod kołdrę obok niego. Niepewnie przybliżyłem się do niego i położyłem swoją głowę na jego piersi w miejscu, gdzie bije serce. Przerzuciłem lewą rękę przez jego brzuch, a on objął mnie w pasie. Zamknąłem oczy i wtuliłem się w niego bardziej.
– Jak oni mogą Cię tak krzywdzić? – wyszeptał głaszcząc mnie po włosach. – Tak się cieszę, że Cię mam... – pewnie myślał, że już śpię. – Obiecałem sobie, że nigdy się nie zakocham, że będę żyć chwilą... Nawet nie wiesz jak mnie w sobie rozkochałeś.
Nie wiem czy chciał żebym to słyszał, ale pewnie nie, więc tylko wtuliłem się w niego jeszcze mocniej.
Rano obudziłem się wyspany jak nigdy dotąd. Przez całą noc nie śniły mi się koszmary. Można uznać to za cud. Nie otwierając jeszcze oczu wtuliłem się w ciepłe ciało chłopaka. Poczułem, że gładzi moje ramię i plecy. Powoli otworzyłem oczy i spojrzałem w jego. Było takie czułe, że aż zrobiło mi się ciepło.
– Ohayo. – mruknąłem cicho.
– Dzień dobry, śpiochu. – pocałował mnie w czoło.
– Która godzina? – spytałem cicho.
– Przed ósmą. Mamy na dziesiątą. – dodał widząc mój nic nie rozumiejący wzrok.
– Dziękuję – szepnąłem wtulając się w niego bardziej.
– Zawsze do usług, skarbie – pogłaskał mnie po włosach. – Zawsze możesz na mnie liczyć.
– Kocham Cię.
– Ja Ciebie też.
– Nie zostawisz mnie? – szepnąłem.
– Nigdy.
– Będziesz przy mnie?
– Już zawsze, Ruki. Nie zostawię Cię.
               
               
~KONIEC~